Czekałam, naprawdę czekałam...

 
      Ponownie spotkaliśmy się po pół roku, mimo tego, że mieszkaliśmy 10 metrów od siebie tak skutecznie się mijaliśmy, że potrzebowaliśmy pół roku. To był czwartek, 25 lutego, Twoje urodziny, równy miesiąc i jeden dzień po moich. Poszliśmy do cichej knajpki, całkiem niedaleko domu i tam znalazłam swój smak....blue laguna, o mamo jak sobie przypomnę jej smak w Twoim towarzystwie
 i ten czas, śmiech z Twoich żartów i powrót do rozmów o wszystkim...to takie przyjemne wspomnienie, a za razem tak niemożliwe... Znów rozmawialiśmy godzinami, jesteś chyba jedyną osobą jaką znam, która nienawidzi pisać wiadomości. To było dziwne uczucie, czekać aż zadzwonisz każdego wieczora, żeby opowiedzieć mi swój dzień. Czwartki stały się "naszym dniem" i niezależnie od pogody, humoru czy planów, w ten dzień, siadaliśmy przy naszym stoliku, w cichej knajpce, za każdym razem smakując innego trunku i wybierając swój ulubiony, a na koniec zawsze wracaliśmy do piwa i blue laguny. Było zbyt pięknie, żeby mogło być prawdziwie...więc znów zapadłeś się pod ziemię, znów coś zaczęło Cię przerastać i znów bałeś się o tym porozmawiać.
I tak wyglądała nasza relacja przez tamten czas, jak zebra na pasach pojawiałeś się i znikałeś, szkoda tylko, że w moim życiu.
   Następnym razem spotkaliśmy się po ponad roku...nie wiedziałeś, że wracam do domu, że idę na nasz miejski turniej w kosza obejrzeć mecz swoich braci. Ja nie wiedziałam, że tam przyjdziesz.... Pamiętam to uczucie...siedziałam na trybunach gdy wszedłeś na halę, zauważyłam Cię w drzwiach, Ty mnie też widziałeś. Widać było, jak ugięły się pod Tobą kolana, gdybym stała po mnie widać by było dokładnie to samo, to tak trochę jakby zobaczyć ducha. Dokładnie pamiętam w co byłeś ubrany. Była sobota...25 lutego, na samą myśl przyśpieszony rytm serca czuję do dzisiaj, aż tak szybko gnało tylko w tamtym momencie. Podeszłam złożyć Ci życzenia, ale po powiedzeniu "Wszystkiego Najlepszego" łzy same zaczęły mi napływać do oczu i musiałam odejść. Spotkaliśmy się tego wieczora, jak dawniej, na spacer pod lasem, bez tłumaczenia tego co się stało, dlaczego tak się stało, po prostu przeszliśmy do codzienności. I przez chwilę znów było jak dawniej.
Nie przeszkadzało nam to, że zamieszkaliśmy w dwóch innych miejscach w Polsce, że już nie dzieliło nas 10 metrów tylko 300 km, to że całkiem zmieniliśmy styl i otoczenie, będąc razem zawsze byliśmy sobą i nie musieliśmy niczego udawać.
   Gdy dowiedziałam się, że tata zachorował, byłeś pierwszą osobą, z którą musiałam pogadać, pierwszą od której oczekiwałam wsparcia, tak jak ja Cię zawsze wspierałam i wyjątkowo stanąłeś na wysokości zadania, a następnego dnia znów zapadłeś się pod ziemię...znów nie ma z Tobą kontaktu.
  Dziś mija kolejny spory kawałek czasu, gdzie znów ze sobą nie rozmawiamy i nie wiemy co słychać i co się dzieje. I mimo tego, że gdzieś cały czas mi Cię brakuje, to już nie płaczę... Tęsknię, ale nie tak, żeby się zamęczać i próbować z Tobą kontaktować. Dziś moje życie bez Ciebie przytłacza mnie tak bardzo, że do niczego nie jesteś mi potrzebny. A najdziwniejsze jest to, że zniknęła mi potrzeba rozmowy...to poczucie bezpieczeństwa w trakcie każdego spaceru.
  Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że tej relacji, tego uczucia, nie da się niczym zastąpić.
W najbliższy poniedziałek wracam do domu, by wieczorem pójść do naszej cichej knajpki, usiąść przy naszym stoliku i wypić blue lagoon....samotnie.

Czekałam...naprawdę czekałam, tylko że się nie doczekałam.....

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jak wyjść z małego zakrętu, zanim na horyzoncie pojawi się duży?

Wybierasz się na bal, tak?

Prezenty